Month: September 2015

Road Trip Isle of Skye (75 of 141)

Skye full of sights

Są w życiu pewne rzeczy, które dodają mi otuchy, kiedy wydaje mi się, że chmury nigdy nie odejdą znad Edynburga i z mojej głowy. Codzienne przyjemności, moje własne przyzwyczajenia, rytuały, które wykonuje, żeby wprawić się w dobry nastrój. Zapalenie świeczki zapachowej z Antro. Herbata z cytryną i słuchanie Chopina czy Turnaua. Czasem wystarczy, że o czymś pomyślę, żeby mój nastrój przybrał zupełnie inny kolor. Jedną z takich myśli, jest to, że mieszkam 5 godzin jazdy samochodem od Isle of Skye i mogę tam uciec z Kubą, namiotem i naszym kolorowym wełnianym kocem w bagażniku. Sama myśl o możliwości eskapizmu jest krzepiąca. Nie jest to rozwiązanie, ale tymczasowy opatrunek na problemy, zwłaszcza dla introwertyków uwielbiających spokój i ciszę. Czasem myślę, że mieszkam w Szkocji z jakiegoś powodu i bliskość Hebrydów jest zdecydowanie jednym z nich, chociaż odkrytym stosunkowo niedawno. Tym razem wyjazd na Skye nie był ucieczką przed codziennością, tylko zaplanowanym wyjazdem ze znajomymi, żeby pokazać im piękno Szkocji. Lubię chwalić się Szkocją, okazywać mój mały lokalny patriotyzm. Zwłaszcza z tego powodu, że wydaje się jeszcze …

goia 2

Ambicja, która niszczy marzenia.

Są dwa aspekty mojej osobowości, które rodzice czasem przypominają mi kiedy zaczynam przesadnie martwić się o losy moje i świata. Podobno w pierwszej klasie podstawówki od początku chciałam pisać piórem z atramentem zamiast ołówkiem. Miałam więc dwa zeszyty do zadań domowych. Jeden na brudno i drugi na czysto. Wszystkie prace z nauki pisania wykonywałam dwa razy.  Drugie wspomnienie to martwienie się i planowanie na zapas. Już w drugiej klasie podstawówki zaczęłam się martwić, że nie zdam matury i postanowiłam pracować ze wszystkich sił, żeby zwiększyć swoje szanse na zdanie egzaminu dojrzałości. Zawsze byłam ambitna i coraz częściej widzę to jako moje przekleństwo a nie błogosławieństwo. Przez ambicję trafiłam do szkoły z maturą międzynarodową i na studia w Edynburgu. Kto wie, może to właśnie ambicja sprawiła, że jestem teraz lekarzem, mimo że nie potrafię racjonalnie wytłumaczyć, dlaczego chciałam nim zostać. Z moich zachowań wynikło dużo dobrego, w oczach innych byłam dzieckiem, które zawsze chciało być dobrze przygotowane, zawsze sumienne. Sama nie czułam żadnej presji zewnętrznej, żeby dobrze wypaść, nawet wydawało mi się, że sukcesy akademickie przychodzą mi w …

Blip Blip

Blip blip. Niespodziewane przypadki z oddziału.

Oprócz biegania po korytarzach z fiolkami z krwią, przepisywania środków przeczyszczających i przeklinania mojego pagera, w szpitalu zdarzają się czasem sytuacje sięgające zenitu absurdu. 1. Blip blip. – Cześć, tu Maggie, lekarz F1 z żółtego zespołu (zespoły są oznaczone kolorami, mi się trafiło słoneczko, awww). – Cześć, tu pielęgniarka z oddziału 12, czy możesz szybko przyjść, zbadać panią A? – A co się dzieje? – Zasnęła w fotelu. – Jak wyglądają jej obserwacje? (tętno, temperatura, ciśnienie). – Wszystko w normie. – Obudziła się, kiedy ją zawołałaś? – Tak. – Myślę, że nic jej nie jest. Każdemu się może zdarzyć zasnąć w fotelu. – Ale jej głowa się przekręciła na bok. – OK, przyjdę za pół godziny. Jestem teraz zajęta. – OK. Dzięki. (odkłada słuchawkę). Pani A zwyczajnie zasnęła w fotelu. Napisałam w notatkach klinicznych: ATSP – fell asleep in a chair. Pasywna agresja. Do tej pory nie mówimy sobie miłego cześć tylko zdawkowe ‘hi’ z tą pielęgniarką. 2. Czwarta rano. Nocna zmiana. Blip blip. – Cześć, możesz przepisać panu B enemę? To bardzo pilne. – …

Base of Torres trek W (27 of 47)

Trzy Wieże – Mirador Las Torres

Miejsca na świecie, o których marzę, mogę policzyć na palcach jednej dłoni. Dalekie wyjazdy to przywilej nas ludzi należących do grupy WEIRD nazwanej tak przez antropologa Jared’a Diamonda- „Western, Educated, Industralized, Rich, Democratic People”. Nasza egzystencja jest bardzo dziwna, w porównaniu do sposobu życia, jakie wiedli nasi przodkowie Homo Sapiens przez ostanie setki tysięcy lat. Podróżowanie dla przyjemności, a nie przetrwania to wymysł stosunkowo nowy, a jednak w naszych czasach ludzie nadal przemieszczają się w poszukiwaniu schronienia i bezpieczeństwa, a nie tylko po to, żeby zrobić dobry użytek z nowego GoPro i selfie-stick’a. Prawdziwy problem podróżnika pochodzącego z pierwszego świata, to, żeby nie zrobić zdjęcia takiego samego jak tysiące innych z tego samego miejsca. Albo przynajmniej, żeby pojechać w jakieś oryginalne miejsce — wszyscy jadą na Islandię, to ja do Patagonii. Może nie jest to oczywiste, ale chcę od podróży czegoś więcej niż tylko ładnego zdjęcia ze sławną wieżą. Chce poczuć coś unikalnego, zapamiętać momenty i wracać do nich wiele razy po powrocie do domu. Zwłaszcza jeśli jest to wyjazd na koniec świata. Chile pod …

hello-my-name-is

Pot, łzy i płyny ustrojowe – pierwszy miesiąc bycia lekarzem w UK.

Minął pierwszy miesiąc. Wszyscy przeżyliśmy i wszyscy płakaliśmy w pracy chociaż raz. Mówiliśmy rodzinom, że ich bliscy nie przeżyją, certyfikowaliśmy śmierć, ścieraliśmy krew z linoleum, kał z rękawiczek i pot z czoła po trudnej resuscytacji. Jakie były te pierwsze cztery tygodnie naprawdę? Cholernie trudne. Na początku każdy z nas wyglądem przypominał królika na torach kolejowych, zaskoczonego przez światła nadjeżdżającego pociągu. Czasem udało nam się uniknąć zderzenia, innymi razy sytuacje rozjechały nas na płaski placek i nie mogliśmy się podnieść przez kolejne.. No właśnie – 10 minut? Bo mniej więcej tyle czasu młody lekarz ma na otrząśnięcie się z trudnej sytuacji, zanim przyjdzie mu radzić sobie z kolejną. Bywały momenty, kiedy biegłam korytarzem po fiolki na krew na drugi koniec oddziału i nagle poczułam ciężar tego, że to, co robie ma wpływ na życie drugiego człowieka. Że jeśli nie uda nam się włożyć tego wenflonu i podać pacjentowi dożylnie leku, udusi się z nagłego obrzęku płuc lub sepsy. Lekarze płaczą Po jednej trudnej rozmowie z pacjentem schowałam się w łazience, żeby popłakać przez 5 minut. Jeden …